Opublikowano:

Krajobraz przed wojną – podsumowanie 7 sezonu “Gry o Tron” (SPOILERY)

Jestem dość specyficznym odbiorcą mainstreamowych treści. Zwykle w przypadku “modnych” rzeczy uaktywnia się mój nonkonformizm – czym większa panuje na coś zajawka, tym bardziej jestem w opozycji. Ta niechęć bierze się głównie z tego, że odbiorca masowy to odbiorca mało wymagający i – jak dobrze wiemy na przykładzie polskiego rapu – najpopularniejsze rzeczy to nie zawsze rzeczy najlepsze.

Zdarzają się jednak chlubne wyjątki, gdzie o popularności danego serialu, filmu, gry czy wykonawcy, świadczy po prostu ich jakość. Ed Sheeran nie bez powodu wyprzedaje swoje koncerty w kilkanaście minut, Overwatch nie wziął szturmem wszystkich gamingowych platform przypadkowo, a popularność Gry o Tron to nie efekt tęsknoty za “Władcą Pierścieni”. Przed wszystkimi tymi rzeczami najpierw się broniłem, by później uznać ich wartość. Wytrzymałem 3 sezony Gry o Tron, aż w końcu usiadłem, nadrobiłem wszystko i zostałem fanem, od czwartego sezonu śledząc fabułę regularnie.

Może to świadomość zbliżającego się końca, może rozwijanie i domykanie dawno temu rozpoczętych wątków, może większa orientacja w świecie Westeros, a może jeszcze coś innego – ciężko powiedzieć, dlaczego akurat kończący się siódmy sezon wciągnął mnie najbardziej ze wszystkich dotychczasowych. To uważam za jego największą zaletę – po premierze każdego kolejnego odcinka miałem ochotę coś doczytać, przypomnieć sobie starsze wątki, czy przejrzeć teorie fanowskie (jestem wielkim fanem teorii Bran = Nocy Król, pięknie gdyby tak się okazało). W końcu napatrzyliśmy się na smoki, nareszcie zostały one użyte w walce, co więcej – zawdzięczamy im jeden z najbardziej brzemiennych w skutkach twistów w historii serialu. Postaci, które lubimy, dały się polubić bardziej, te których nienawidzimy znienawidziliśmy jeszcze mocniej. Mocno przewidywalnie… czyli zupełnie nie w stylu Gry o Tron.

Mam mocno mieszane uczucia związane z mniejszą ilością zaskakujących wątków, czy śmierci w zakończonym właśnie sezonie. Wielu twistów czy możliwych rozwiązań fabularnych mogliśmy się domyślać wcześniej . “Wielkie objawienie” na temat Jona Snowa, pardon – Aegona Targaryena – z ostatniego odcinka sezonu, to coś o czym wiedzieliśmy już w sezonie 6, a informację o tym że jest on prawowitym dziedzicem Żelaznego Tronu sprzedaje nam (nie wprost) Goździk w rozmowie z Samem, kilka odcinków wstecz. Wątek miłosny pomiędzy Królem na Północy, a Daenerys to chyba największa oczywistość, której wszyscy się spodziewali. Czyli z jednej strony mamy tu wątki, których bardzo wyczekiwaliśmy, z drugiej strony – odznaczanie kolejnych punktów z checklisty “co prawdopodobnie się wydarzy” jest tak bardzo nie grootronowe (grootroniczne?), że aż momentami zastanawiałem się jaką wielką tragedię szykują twórcy, w kolejnej scenie. “Bo przecież nie może tylko o to chodzić… aha… jednak może”.

Nie dla każdego będzie to jednak wadą, a fakt że wszystkie najważniejsze i najbardziej lubiane postaci przeżyły 7 sezon, pozwala mieć jeszcze większy apetyt i obawę przed finałowym. Wadą, której nie sposób jednak zlekceważyć, są potężne nielogiczności, związane głównie z błyskawiczną podróżą. Rozumiem, że szybki rozwój fabuły i mało odcinków zmuszały twórców do pewnych uproszczeń, ale we wcześniejszych sezonach podróż z miasta do miasta trwała zwykle kilka odcinków. W sezonie siódmym bohaterowie materializowali się po przeciwnych stronach kontynentu jak gdyby nigdy nic, niezależnie od środka transportu, którym podróżowali. O ile jeszcze można by to tłumaczyć kilkoma niezależnymi liniami czasowymi w ramach jednego odcinka, to już “przekazanie” smoka armii Nocnego Króla odbyło się wyjątkowo niezgrabnie. Przy niezwykle sprzyjających okolicznościach wezwanie smoków na pomoc drużynie Jona zajęłoby w okolicach 6 dni, jak wskazuje wiele internetowych wyliczeń. W odcinku jest to kwestia maksymalnie kilku godzin. Biorąc pod uwagę, że ta sytuacja bezpośrednio doprowadza – w finale sezonu – do upadku Muru, nie powinniśmy opierać jej na żadnych umownościach czy fabularnych uproszczeniach.

Finałowy odcinek

A skoro już o finale mowa, serwuje nam podobno słodko-gorzką mieszankę, co cały sezon, a najlepszym jego określeniem jest słowo “satysfakcjonujący”. To właśnie satysfakcję i zadowolenie odczuwamy widząc (nareszcie!) spotkania tak wielu przyjaciół i wrogów. Bronn po raz kolejny zalicza kilka bezbłędnych one-linerów…i znowu dotyczą one kutasów, monolog o Nieskalanych jest fantastyczny. Wahania Jaimiego widoczne przez cały sezon ostatecznie doprowadzają do tego, że opuszcza Cersei podczas sceny, która tak bardzo prosi się o mord, że – oczywiście – go nie dostarcza. Analogicznie zresztą do sceny z Tyrionem – twórcy przez chwilę igrają z nami, ale ciężko uwierzyć, że pozbawią nas jednej z ulubionych postaci przed ostatnim sezonem. To już nie ten serial (i nie te pieniądze). Śmierci Littlefingera spodziewali się wszyscy, bo wątek Arya vs. Sansa był szyty zbyt grubymi nićmi. Pytanie tylko, co zrobiłaby “stara” Gra o Tron – może Baelish umierając zabrałby ze sobą jedną z sióstr?

Wreszcie na koniec – jakim cliffhangerem mógł skończyć się przedostatni sezon Gry o Tron? Co trzymałoby nas w napięciu przez kolejne kilkanaście miesięcy, a następnie zapewniło kolejne rekordy oglądalności HBO? Co innego, jak nie upadek Muru? Epicki, tragiczny, złowrogi, z lodowym smokiem i całą rzeszą statystów z “The Walking Dead”? Nic innego. I nic innego nie dostaliśmy. Pokuszę się o stwierdzenie, że pod kątem swojej przewidywalności, był to jeden z najbardziej “hollywoodzkich” odcinków Gry o Tron. W stylu bardzo dobrego, wysokobudżetowego Hollywood, gdzie złych spotyka kara, a dobrych nagroda, mimo że ci źli knują za ich plecami.

Dlatego właśnie przed finałowym sezonem biją się we mnie dwie strony: jedna chciałaby happy endu, z Daenerys i Jonem na Żelaznym Tronie i głową Cersei nabitą na pal, druga bardziej skłania się ku wersji, w której Jon zabija Daenerys, by stać się Azor Ahai i przyzywa kamienne smoki do walki z Branem-Nocnym Królem, który i tak to wszystko ostatecznie wrzuca w nieskończoną pętlę czasu, by Gra rozpoczęła się na nowo. Sami wybierzcie, co brzmi bardziej interesująco.

Jestem bardzo ciekawy, czy macie podobne odczucia i jak podobał Wam się finał sezonu – dajcie znać w komentarzach!

Wszystkie zdjęcia w artykule pochodzą z 7 odcinka 7 serii Gry o Tron i są własnością HBO.

2 komentarze do: „Krajobraz przed wojną – podsumowanie 7 sezonu “Gry o Tron” (SPOILERY)

  1. Gościu, coraz bardziej Cię lubię – GoT, Overwatch, zajebisty gust muzyczny i kawał dobrego rapu. Piona!

    1. zgadzam się z Tobą. Im bardziej poznaje się Oxona; jego zajawki, ulubione seriale, muzykę, to, ze jest taki nieszablonowy i mądry tym bardziej zaczyna się go darzyć coraz większą sympatią 🙂

Dodaj komentarz