Opublikowano:

Śmiertelna porażka – recenzja filmu „Death Note”

Jeśli pojedziesz na wakacje all inclusive do Barcelony i nie opuścisz hotelu przez tydzień to nie możesz powiedzieć, że zwiedziłeś Hiszpanię. Tak samo nie możesz uznać się za znawcę anime, gdy ogarniasz tylko Dragon Balla, Naruto, Attack on Titan, Akirę i może jeszcze kilka innych, klasycznych tytułów. To wielka i fascynująca gałąź sztuki, w której można się zagubić na lata – a nowe rzeczy cały czas są tworzone.

Muszę uznać siebie za właśnie takiego „niedzielnego” fana anime – stopniowo odhaczam najbardziej znane i kluczowe tytuły, dopisuję kolejne do listy, ale to wciąż jedynie wierzchołek góry lodowej. Jeśli chodzi natomiast o „Death Note”, to jest to pozycja którą jaram się już od wielu lat – anime wywarło na mnie kolosalne wrażenie, polecałem go (raczej bezskutecznie) osobom które nie oglądają podobnych rzeczy, głównie ze względu na bardzo ciekawy pomysł, świetnie prowadzoną grę między detektywem i zabójcą i stale budowane napięcie.

Tym, którzy z serią nie mieli wcześniej do czynienia, krótko nakreślę fabułę: pewnego dnia spokojny, inteligentny nastolatek Light znajduje tajemniczy notes z napisem „Death Note” na okładce. Jest z nim powiązana postać Ryuka – demona śmierci. Każda osoba, której imię i nazwisko zostanie wpisane do notatnika, zginie w wybrany przez powiernika zeszytu sposób. Light na początku niepewnie testuje notes, gdy okazuje się że rzeczywiście działa, z czasem nasz bohater staje się coraz bardziej zuchwały i zaczyna wymierzać sprawiedliwość na własną rękę jako tajemniczy bóg o pseudonimie Kira. Do walki z nim staje cierpiący na bezsenność legendarny L – zamaskowany detektyw o bardzo specyficznym usposobieniu. Rozgrywka psychologiczna między dwojgiem bohaterów jest fascynująca, to że Kira jest w stanie zabijać znając tylko twarz i imię swojego przeciwnika otwiera masę ciekawych możliwości, a całość ogląda się z zapartym tchem, odcinek po odcinku. W tym wszystkim nie można zapominać o postaci demona Ryuka, który z jednej strony jest złowrogi i tajemniczy, z drugiej strony daje się polubić i nie jest jednoznacznie złą postacią.

Szczegóły fabuły zamazują mi się w pamięci, bo minęło już parę lat odkąd poznałem oryginał „Death Note”. Wiem na pewno że bardzo podobała mi się pierwsza połowa anime, ostatnie kilkanaście odcinków nieco mniej, ale po wszystkim byłem mega zajarany i stwierdziłem, że na pewno kiedyś obejrzę jeszcze raz. Po seansie netflixowej ekranizacji mam tylko nadzieję, że amnezja przyjdzie dużo szybciej niż ostatnio.

Ze względu na wspomniane zapominalstwo, byłem wolny od stricte fabularnych oczekiwań co do fabularnego „Death Note”, nie pamiętając dokładnie co i kiedy się wydarzyło. Liczyłem po prostu na dobrze zrealizowany film, który skorzysta z dobrej bazy i zapewni fajną, nieco mocniejszą rozrywkę. Twórcy na start dostali świetny pomysł, mega ciekawą postać Ryuka, które połączone ze znaną marką wydawały się gwarancją sukcesu. Zdolny reżyser i scenarzysta czujący klimat serii mogliby tutaj stworzyć klasyk. Ba, wystarczyło zrobić dobrą, rzemieślniczą robotę żeby wyszło coś po prostu przyzwoitego i strawnego. Niestety…

Aktorstwo głównego bohatera trzeba określić jako „chcę, ale bardzo nie mogę”. Każda mina, grymas, reakcja są wymuszone, sztuczne i wyaktorzone. Jego wyraz twarzy, gdy pierwszy raz ucieka przed Ryukiem perfekcyjnie nadawałby się do korowodu pościgowego Benny Hilla. Gdy próbuje być groźny, wygląda jak student, który podłożył wykładowcy pierdzącą poduszkę i czeka na godzinę zero. Nie czujemy jego potęgi, jego rosnącej zuchwałości i nie wierzymy w zmianę jego osobowości. Jego psychotyczny antagonista L jest jeszcze mniej wiarygodny, a swoim stylem bycia bardziej irytuje niż intryguje. Największym zawodem jest jednak Willem Dafoe, czyli nadzieja tego filmu – mega cieszyłem się z tej decyzji castingowej. Zawodem jest nie dlatego, że nie daje rady, ale dlatego że postać Ryuka jest beznadziejnie napisana, spłaszczona i jednowymiarowa. W anime mieliśmy do czynienia z przerażająco wyglądającym, ale sympatycznym demonem i to tworzyło dodatkowy mindfuck, bo ciężko było jednoznacznie określić swój stosunek do shinigami (demona śmierci). Tutaj mamy złośliwą, złą postać która wykazuje dużo więcej inicjatywy niż w anime. Ryuk w obecnej, netflixowej wersji, nie przebiłby się do popkultury na taką skalę, jak ten z oryginału i mimo że Dafoe ratuje go jak może, to niedużo do ratowania pozostało.

Od aktorstwa się niestety dopiero zaczyna. Próba zrobienia 1,5h filmu z prawie 40 odcinków anime skończyła się dramatycznym uproszczeniem rozgrywki psychologicznej między głównymi bohaterami. Odkrywanie tożsamości Kiry odbywa się zupełnie bezproblemowo, cała sytuacja jest wręcz tak przedstawiona, że nie czujemy w tym żadnego trudu czy wyzwania, Light nie musi uciekać się do żadnych sztuczek i forteli by skorzystać z notesu i zabijać dalej. O dyskotekowej zamianie cylindra nawet nie wspominam, bo wstyd. Największym wstydem jest jednak… ciężko mi nawet to napisać, ale „twist” fabularny kończący widowisko. Są pewne granice logiki, których nie powinno się przekraczać nawet w opowieści o demonie śmierci, który wychodzi z zeszytu. Końcówka jest tak strasznie kretyńska i naciągana, że aż pasuje do reszty tego potworka, który z dobrym, ciekawym kinem nie ma niestety nic wspólnego. Szkoda, że nosi tytuł po oryginale, bo może odstraszyć dużą część widzów od sprawdzenia pierwowzoru.

Strach patrzeć.

Czy jest zatem cos, co w nowym „Death Note” się udało? Hmm… Ryuk wygląda przyzwoicie, Mię gra całkiem ładna aktorka, film się szybko kończy i raczej nie zanosi się na sequel. To tyle z plusów. Wszyscy, którzy mieli najgorsze oczekiwania po obejrzeniu trailerów, mieli rację. Czasem zdarza się, że ekranizacja czy też „hollywoodyzacja” jakiegoś tytułu daje mu nowe życie, pozwala spojrzeć na znaną historię w zupełnie inny sposób, z perspektywy innej osoby. Szkoda, że twórcy filmowego „Death Note” patrzyli prawdopodobnie tylko na fakt, że połączenie tak głośnego tytułu z marką Netflix gwarantuje im sukces. Cóż, medialny na pewno, bo o filmie jest głośno… ale chyba nie na takim rozgłosie zależało twórcom. Łapy precz od legendy.

2/10

Wszystkie zdjęcia z artykułu pochodzą i są własnością serwisu Netflix.com

Opublikowano:

Małpa małpie człowiekiem – recenzja filmu „Wojna o planetę małp”

Mam miłe wspomnienia z dzieciństwa związane z Planetą Małp. Nie pamiętam zbyt wiele konkretów, jedynie wrażenie, że dobrze się bawiłem trafiając w telewizji na którąkolwiek ze starych części. Film z Wahlbergiem z 2001 roku nie wzbudził we mnie żadnych emocji i szybko zapomniałem, że w ogóle powstał. 10 lat później Hollywood przeniósł nas z Planety Małp na Ziemię, by zresetować całą serię i pokazać, jakim cudem małpy podbiły kosmos i uczyniły z ludzi niewolników. Tym razem reboot okazał się strzałem w dziesiątkę.

„Geneza Planety Małp” nie była filmem rewolucyjnym. Sprawnie żonglująca sprawdzonymi kliszami, jednocześnie nie irytująca naiwnością i chwytająca za serce, stanowiła dobry początek nowej trylogii. Kiedy druga część okazała się jeszcze lepsza od niej, apetyt na epicki finał znacznie się zwiększył. Siłą „Ewolucji Planety Małp” nie było jednak tanie efekciarstwo, czy niesamowite animacje setek małp. Ważniejszy był fakt, że widz mógł namacalnie poczuć wewnętrzne rozdarcie, kibicować zarówno jednej, jak i drugiej stronie, będąc jednocześnie świadomym tego, że ta historia nie będzie mieć happy endu.

Czy zatem mogłem się spodziewać happy endu w przypadku „Wojny”? Wojna nigdy się nie zmienia – zawsze niesie za sobą ofiary, cierpienie, niesprawiedliwość i ból. Pierwszym sukcesem Matta Reevesa, reżysera filmu, jest przekazanie tych emocji – przez cały film czujemy przejmujący smutek. Od pierwszej sceny, gdy ludzie wspierani przez małpy-zdrajców, nazywanych przez nich ironicznie „osłami”, skradają się przez las, by zaatakować niczego nieświadomy posterunek, zdajemy sobie sprawę, że ten konflikt jest niepotrzebny, a nawet gdy któraś ze stron zwycięży, nie będzie to dla nas powód do radości. Nawet, gdy pojawia się – po raz pierwszy w trylogii – postać będąca comic reliefem, daje nam dosłownie kilka drobnych momentów wytchnienia, by znowu dać nam wrócić do ponurej, wojennej rzeczywistości.

Małpy wyglądają fantastycznie. O ile w „Genezie” komputerowe zwierzęta mógły jeszcze delikatnie drażnić i wyróżniać się z tłumu, tak już w „Ewolucji” mimika postaci (oczy!!!) robiła kolosalne wrażenie, a tłum człekokształtnych przemierzający postapokaliptyczne krajobrazy wyglądał wiarygodnie. „Wojna” robi kolejny krok naprzód, a twórcy zdają się być tego świadomi – zbliżeń na twarze małp jest dużo więcej, mnóstwo interakcji odbywa się bez pomocy słów, a ich rolę przejmują gesty i zachowania. Mimo tego, udaje się uniknąć przerostu formy nad treścią – CGI jest tu ewidentnie środkiem do opowiedzenia historii, nie celem samym w sobie.

Zerknijcie, w jaki sposób technologia motion capture pozwoliła ożywić małpy:

Osobny akapit należy się postaci Cezara. Mistrz Andy Serkis po raz kolejny udowadnia, że animowana postać może mieć w sobie więcej życia, niż niejeden aktor. Cezar to prawdziwy bohater tragiczny, autorytet i przywódca. Widać to w sposobie, w jaki się porusza, w jaki patrzy, w jaki się wypowiada. Fakt, że jest (jeszcze) jedną z niewielu mówiących małp, tym bardziej stawia go pomiędzy ludzkim, a zwierzęcym światem. To postać uniwersalna, z którą możemy się utożsamiać – i tak, wciąż mówię o zmutowanej, gadającej małpie.

Niewielką rysą na całości jest postać niemej dziewczynki – jest ona postacią typowo funkcyjną, kolejnym filmowym łącznikiem między światem ludzi i małp. To właśnie w scenach z nią najczęściej musimy przymykać oko na pewne nielogiczności, czy mało prawdopodobne sceny. Film nie jest od nich wolny, ale nie przeszkadzają one bardzo w odbiorze. Mówiąc o postaciach ludzkich nie sposób zapomnieć o jednym z moich ulubionych hollywoodzkich brzydali. Woody Harrelson zaskoczył mnie, głównie ze względu na to że spodziewałem się bardzo skrajnego, zero-jedynkowego czarnego charakteru, a dostałem postać z nieco ciekawszą historią i motywacjami. Nie jest to oczywiście nic szczególnie odkrywczego, ale miło że twórcy zrezygnowali z budzącego jedynie niechęć i pogardę antagonisty na rzecz nieco ciekawszego portretu psychologicznego.

Cieszę się, że pośród wielu wybuchowych i kolorowych blockbusterów, jest miejsce na takie filmy jak „Wojna o planetę małp”. Mamy tu efekty najwyższej klasy, dobrze wykreowane postaci i historię, która nie jest jedynie pretekstem do rozwalenia jak największej ilości budynków w finałowej scenie. Polecam obejrzeć wszystkie trzy filmy z trylogii w niedługim odstępie czasu – u mnie zaowocowało to większą wczutą w trzecią część i ocenę wyżej – „obiektywnie” film zasługuje na solidne 8. Dodatkowy plus również za to, że reżyser Matt Reeves odpowiada za reboot Batmana, który nadchodzi w 2018 roku, a biorąc pod uwagę że całość zapowiada się na detektywistyczną opowieść w stylu noir, myślę że mrocznego rycerza czeka świetlana przyszłość.

 

Ocena:

9/10