Opublikowano:

Małpa małpie człowiekiem – recenzja filmu “Wojna o planetę małp”

Mam miłe wspomnienia z dzieciństwa związane z Planetą Małp. Nie pamiętam zbyt wiele konkretów, jedynie wrażenie, że dobrze się bawiłem trafiając w telewizji na którąkolwiek ze starych części. Film z Wahlbergiem z 2001 roku nie wzbudził we mnie żadnych emocji i szybko zapomniałem, że w ogóle powstał. 10 lat później Hollywood przeniósł nas z Planety Małp na Ziemię, by zresetować całą serię i pokazać, jakim cudem małpy podbiły kosmos i uczyniły z ludzi niewolników. Tym razem reboot okazał się strzałem w dziesiątkę.

“Geneza Planety Małp” nie była filmem rewolucyjnym. Sprawnie żonglująca sprawdzonymi kliszami, jednocześnie nie irytująca naiwnością i chwytająca za serce, stanowiła dobry początek nowej trylogii. Kiedy druga część okazała się jeszcze lepsza od niej, apetyt na epicki finał znacznie się zwiększył. Siłą “Ewolucji Planety Małp” nie było jednak tanie efekciarstwo, czy niesamowite animacje setek małp. Ważniejszy był fakt, że widz mógł namacalnie poczuć wewnętrzne rozdarcie, kibicować zarówno jednej, jak i drugiej stronie, będąc jednocześnie świadomym tego, że ta historia nie będzie mieć happy endu.

Czy zatem mogłem się spodziewać happy endu w przypadku “Wojny”? Wojna nigdy się nie zmienia – zawsze niesie za sobą ofiary, cierpienie, niesprawiedliwość i ból. Pierwszym sukcesem Matta Reevesa, reżysera filmu, jest przekazanie tych emocji – przez cały film czujemy przejmujący smutek. Od pierwszej sceny, gdy ludzie wspierani przez małpy-zdrajców, nazywanych przez nich ironicznie “osłami”, skradają się przez las, by zaatakować niczego nieświadomy posterunek, zdajemy sobie sprawę, że ten konflikt jest niepotrzebny, a nawet gdy któraś ze stron zwycięży, nie będzie to dla nas powód do radości. Nawet, gdy pojawia się – po raz pierwszy w trylogii – postać będąca comic reliefem, daje nam dosłownie kilka drobnych momentów wytchnienia, by znowu dać nam wrócić do ponurej, wojennej rzeczywistości.

Małpy wyglądają fantastycznie. O ile w “Genezie” komputerowe zwierzęta mógły jeszcze delikatnie drażnić i wyróżniać się z tłumu, tak już w “Ewolucji” mimika postaci (oczy!!!) robiła kolosalne wrażenie, a tłum człekokształtnych przemierzający postapokaliptyczne krajobrazy wyglądał wiarygodnie. “Wojna” robi kolejny krok naprzód, a twórcy zdają się być tego świadomi – zbliżeń na twarze małp jest dużo więcej, mnóstwo interakcji odbywa się bez pomocy słów, a ich rolę przejmują gesty i zachowania. Mimo tego, udaje się uniknąć przerostu formy nad treścią – CGI jest tu ewidentnie środkiem do opowiedzenia historii, nie celem samym w sobie.

Zerknijcie, w jaki sposób technologia motion capture pozwoliła ożywić małpy:

Osobny akapit należy się postaci Cezara. Mistrz Andy Serkis po raz kolejny udowadnia, że animowana postać może mieć w sobie więcej życia, niż niejeden aktor. Cezar to prawdziwy bohater tragiczny, autorytet i przywódca. Widać to w sposobie, w jaki się porusza, w jaki patrzy, w jaki się wypowiada. Fakt, że jest (jeszcze) jedną z niewielu mówiących małp, tym bardziej stawia go pomiędzy ludzkim, a zwierzęcym światem. To postać uniwersalna, z którą możemy się utożsamiać – i tak, wciąż mówię o zmutowanej, gadającej małpie.

Niewielką rysą na całości jest postać niemej dziewczynki – jest ona postacią typowo funkcyjną, kolejnym filmowym łącznikiem między światem ludzi i małp. To właśnie w scenach z nią najczęściej musimy przymykać oko na pewne nielogiczności, czy mało prawdopodobne sceny. Film nie jest od nich wolny, ale nie przeszkadzają one bardzo w odbiorze. Mówiąc o postaciach ludzkich nie sposób zapomnieć o jednym z moich ulubionych hollywoodzkich brzydali. Woody Harrelson zaskoczył mnie, głównie ze względu na to że spodziewałem się bardzo skrajnego, zero-jedynkowego czarnego charakteru, a dostałem postać z nieco ciekawszą historią i motywacjami. Nie jest to oczywiście nic szczególnie odkrywczego, ale miło że twórcy zrezygnowali z budzącego jedynie niechęć i pogardę antagonisty na rzecz nieco ciekawszego portretu psychologicznego.

Cieszę się, że pośród wielu wybuchowych i kolorowych blockbusterów, jest miejsce na takie filmy jak “Wojna o planetę małp”. Mamy tu efekty najwyższej klasy, dobrze wykreowane postaci i historię, która nie jest jedynie pretekstem do rozwalenia jak największej ilości budynków w finałowej scenie. Polecam obejrzeć wszystkie trzy filmy z trylogii w niedługim odstępie czasu – u mnie zaowocowało to większą wczutą w trzecią część i ocenę wyżej – “obiektywnie” film zasługuje na solidne 8. Dodatkowy plus również za to, że reżyser Matt Reeves odpowiada za reboot Batmana, który nadchodzi w 2018 roku, a biorąc pod uwagę że całość zapowiada się na detektywistyczną opowieść w stylu noir, myślę że mrocznego rycerza czeka świetlana przyszłość.

 

Ocena:

9/10