Opublikowano:

Hip Hop Kemp – wspomnienia kempowego dziada cz.1

Za kilka dni jadę na swój dziesiąty Hip Hop Kemp. Jeśli myślisz, że właśnie się chwalę, to masz absolutną rację. Jeżdżę na festiwal od 2007 roku, z jedną tylko przerwą w 2013, z przyczyn nie do końca zależnych ode mnie. Mimo, że coraz częściej przyłapuję się na zdziadziałym gadaniu, że „to już nie to samo, co kiedyś” to nie mógłbym sobie wyobrazić, że nadchodzi dzień wyjazdu na Kemp, a ja normalnie idę do pracy czy chociażby do pobliskiego sklepu po śniadanie i zaczynam zwykły dzień. Sierpień to Kemp i kropka, choćby nie wiem co się działo. Powiem Wam, dlaczego ten festiwal jest dla mnie tak bardzo istotny.

Pierwszy raz o Kempie usłyszałem w 2005 roku, przy okazji jego trzeciej edycji, pierwszej, która odbywała się w Hradec Kralove. Już wtedy zaczęło się mówić o najbardziej hip-hopowym festiwalu w tej części Europy. Rok później próbowałem namówić ziomków na wyjazd, nie udało się, w 2007 roku sytuacja była analogiczna – wszyscy wykruszali się po kolei. Mimo to stwierdziłem, że jadę i już, ostatecznie zdecydował się ze mną mój przyjaciel Miłosz i kupiliśmy bilety – zróbcie tak samo, jeśli kolejny rok z rzędu nie możecie namówić swoich ludzi na wyjazd. Parę dni później Joytown ogłosiło konkurs na zwrotkę do polskiego hymnu Kempa, więc nie zastanawiając się długo nagrałem spontaniczną 16stkę i zacząłem mentalne przygotowania do wyjazdu.

Oto hymn, o którym piszę – w tytule filmu jest błąd, wszystko działo się w 2007 roku:


Mail informujący mnie o zwycięstwie w konkursie sprawił, że zacząłem skakać po całym domu jak jebnięty – nawijałem wtedy jakieś 3 lata i za jakiś miesiąc miałem wystąpić przez prawie 10-tysięczną publiką i spełnić jedno z marzeń. Takiej tremy nie miałem nigdy w życiu, ale kiedy już wyszliśmy na scenę, powiedziałem sobie, że jeszcze tu wrócę…i słowa dotrzymałem. Pomijam fakt, że przez cały wyjazd była ze mnie beka, bo nie ściągałem smyczy z napisem „ARTIST” od pierwszego do ostatniego dnia, a gdy obracała się tyłem, przewracałem ją z powrotem, by wszyscy widzieli napis. Wożonko zajaranego małolata, który dostał prezent życia – nie mam nic na swoją obronę.

Oto i wspomniana plakietka, jak widzicie zdarzało mi się ją (na krótko) pożyczać. Pozdrawiam ziom, kimkolwiek jesteś.

Ostatecznie do naszego melanżowego składu dołączył Kojot i gdy nadszedł dzień wyjazdu, w czwórkę zjawiliśmy się na parkingu czekając na Kempobusa. Czwartą osobą był Andrzej, który napisał na kempowym forum, że jedzie pierwszy raz i potrzebuje noclegu w Krakowie w noc przed odjazdem. W przypływie kempowej euforii zaprosiliśmy go do siebie i tym sposobem mieliśmy już komplet. Okazało się, że ta znajomość będzie miała dużo ciekawsze konsekwencje…

Dopiero na samym Kempie dowiedziałem się, że autokar to najbardziej „hańbiący” sposób transportu dla zatwardziałych kempowiczów. Ja natomiast już od pierwszego wyjazdu jestem wielkim fanem Kempobusów, nie bez powodu zresztą. Nie chodzi tu nawet o multum takich bekowych sytuacji jak ta, w której pewien ziomek zjechał pod fotel po 10 minutach od wyruszenia, celnicy znaleźli go tam na granicy i jeden z nich chciał go zatrzymać, a drugi wyśmiał to w jakim jest stanie i powiedział temu drugiemu, by dał mu spokój i pojechaliśmy dalej, ku ogólnej uciesze. Chodzi przede wszystkim o wygodę – wsiadasz, dojeżdżasz i nic cię nie interesuje, po drugie nawet gdy zdecydowałeś się na samotny wyjazd, opuszczasz autokar w kilkunastoosobowej grupie ziomków. Sama podróż kempobusem to super rzecz, no chyba że jesteś pilotem – ale do tego też wrócę.

Tak wyglądało rozbijanie pierwszego kempowego obozowiska w moim życiu.

A to krajobraz po pobudce – w moją pierwszą noc w Hradec przydarzyła się jedna z największych ulew w historii festiwalu i niektórzy ludzie budzili się – dosłownie – w kałużach. Bez namiotów.

Kojot do dzisiaj ma bekę z tych kąpielówek. Przypominam, że minęło 10 lat.

Na tym zdjęciu akurat zapomniałem obrócić plakietkę. Gdybyście zapomnieli, jest na niej napis „ARTIST”.

Pierwszy Kemp jest zawsze najlepszy – to powie Ci każdy kempowicz. Myślę, że jest to zasługa zderzenia z tak dużą ilością pozytywnych ludzi w „naszym” klimacie, mimo że na różnorodność indywiduów za nic nie można tu narzekać.  Ma to niestety również swoje złe strony, głównie w postaci zjawiska depresji pokempowej. Po powrocie z Kempa w 2007 przez tydzień chciało mi się płakać (dosłownie), że wróciłem do rzeczywistości i następny wypad dopiero za rok. Tak właśnie się uzależniłem…

…a kiedy człowiek się uzależnia, non stop chce więcej. Dlatego kolejne wyjazdy na Kemp były czystą formalnością. Zaliczyłem każdy możliwy sposób transportu, najgorzej wspominam pociąg. O ile klimat jest jedyny w swoim rodzaju, to ja pamiętam głównie kaca mordercę, który dorwał mnie po GODZINNEJ DRZEMCE i trzymał do następnego dnia oraz męczarnię w drodze powrotnej, zlany potem, z płaczącymi plecami. Nawet stamtąd jednak mam miłe, durne wspomnienia – wsiedliśmy w Hradec do pociągu w kilkunastoosobowej grupie, nikt nie miał biletu. Gdy do wagonu wszedł konduktor, stwierdziliśmy że zastygamy bez ruchu i czekamy aż pójdzie. Sprawdził wszystkich naokoło, na nas nawet nie spojrzał i poszedł dalej. Magia Kempa.

Jeśli nie przyjeżdżasz na Kemp samochodem, miej pewność, że przygody komunikacyjne zapamiętasz na długo. Zdjęcie pochodzi z 2007 ale gwarantuję, nie unikniecie podobnych rozrywek.

W 2010 roku nie miałem pieniędzy. Nie zrozumcie mnie źle, ja zawsze nie mam pieniędzy, w 2010 po prostu nie miałem jeszcze bardziej. Mimo tego, że ja zrezygnowałem z wyjazdu, 5 dni przed rozpoczęciem festiwalu, Hip Hop Kemp upomniał się o mnie. Pamiętacie Andrzeja, o którym wspomniałem kilka linijek wyżej? Otóż Andrzej również złapał kempowego bakcyla i zaczął bardzo intensywnie działać na rzecz promocji festiwalu. Niestety, jeśli dobrze pamiętam to coś mu wypadło i musiał zrezygnować z pilotowania kempobusa. Zaproponował mi więc zastępstwo, co przyjąłem z prawie tak samo wielką radością, co informację o hymnie parę lat wcześniej i zacząłem szykować się do wyjazdu, z którym w swojej głowie już się zdążyłem pożegnać. To, że w tym Kempobusie poznałem dziewczynę, z którą jestem do dzisiaj, to już historia na zupełnie inny czas i miejsce, a jednocześnie kolejny powód dla którego Kemp jest dla mnie miejscem szczególnym.

Nie wyobrażacie sobie, jak hardkorową robotą jest pilnowanie zgrai najebańców, którzy jadą kilkaset kilometrów głównie po to, by kontynuować melanż. Postoje nigdy nie trwają tyle ile trzeba, ktoś zawsze zapali jointa w autokarze po przekroczeniu granicy, niestety również rzygacze od czasu do czasu się zdarzają. Ja najbardziej zapamiętam Tomka Chadę – gdy pilotowałem swój drugi kempobus, rok później, wśród uczestników podróży znajdował się pewien ulicznik, który tak bardzo przypominał syna Bogdana, że dostał ksywę Chada w ciągu pierwszych 15 minut od wyjazdu. Potrzebował niecałej godziny, by zacząć siać nieprawdopodobną borutę, ze ściąganiem koszulki, spacerami po autokarze z flagą Polski na ramionach i odpaleniem gaśnicy włącznie. Na granicy polsko-czeskiej kierowca znalazł osikaną butelkę po wódce na równie osikanych schodach i powiedział, że nie ruszy dalej jeśli ktoś się nie przyzna i nie posprząta. Wszyscy wiedzieli, że winowajcą jest Chada, mimo to sam zainteresowany nagle dziwnie się uciszył i po 20 minutach postoju ktoś bohatersko poświęcił się i posprzątał za niego. Na szczęście nie mieliśmy wielu podobnych sytuacji, mimo to chwilowo nie mam zajawki na powrót na stanowisko pilota. Na szczęście, dla „zwykłych” uczestników wyjazdu, większość organizacyjnych problemów jest niewidoczna, więc spokojnie decydujcie się na Kempobusy, czeka Was dobra zabawa.

To, jak wygląda moja twarz świadczy o tym, że zdjęcie zostało zrobione już po Kempie.

Zales to kolejna osoba, którą poznałem w Kempobusie i kolejny bardzo zaangażowany członek Polish Street Team. Dwa lata temu, ostatniej nocy koło 4 rano, szedł przez pole namiotowe i nie mając pojęcia gdzie mam namiot, wywołał mnie przyjacielskim „OXON TY KURWO”. Zupełnym przypadkiem przechodził właśnie kawałek od mojego obozowiska, a ja akurat obudziłem się za potrzebą. Z łaski swojej nie próbujcie mnie w ten sposób szukać w tym roku.

Myślałem, by zawrzeć w tym artykule mały poradnik i jeszcze więcej anegdotek, ale dekadę wspomnień ciężko jest pomieścić w jednym wpisie – czym dłużej piszę, tym więcej rzeczy sobie przypominam. Dlatego możecie spodziewać się jeszcze minimum jednego kempowego artykułu, a po powrocie z tegorocznego festiwalu dostaniecie ode mnie relację.

Opiszcie w komentarzach najciekawsze wspomnienia związane z Kempem, lub napiszcie jakie macie oczekiwania, jeśli jedziecie pierwszy raz!