Opublikowano:

Krajobraz przed wojną – podsumowanie 7 sezonu „Gry o Tron” (SPOILERY)

Jestem dość specyficznym odbiorcą mainstreamowych treści. Zwykle w przypadku „modnych” rzeczy uaktywnia się mój nonkonformizm – czym większa panuje na coś zajawka, tym bardziej jestem w opozycji. Ta niechęć bierze się głównie z tego, że odbiorca masowy to odbiorca mało wymagający i – jak dobrze wiemy na przykładzie polskiego rapu – najpopularniejsze rzeczy to nie zawsze rzeczy najlepsze.

Zdarzają się jednak chlubne wyjątki, gdzie o popularności danego serialu, filmu, gry czy wykonawcy, świadczy po prostu ich jakość. Ed Sheeran nie bez powodu wyprzedaje swoje koncerty w kilkanaście minut, Overwatch nie wziął szturmem wszystkich gamingowych platform przypadkowo, a popularność Gry o Tron to nie efekt tęsknoty za „Władcą Pierścieni”. Przed wszystkimi tymi rzeczami najpierw się broniłem, by później uznać ich wartość. Wytrzymałem 3 sezony Gry o Tron, aż w końcu usiadłem, nadrobiłem wszystko i zostałem fanem, od czwartego sezonu śledząc fabułę regularnie.

Może to świadomość zbliżającego się końca, może rozwijanie i domykanie dawno temu rozpoczętych wątków, może większa orientacja w świecie Westeros, a może jeszcze coś innego – ciężko powiedzieć, dlaczego akurat kończący się siódmy sezon wciągnął mnie najbardziej ze wszystkich dotychczasowych. To uważam za jego największą zaletę – po premierze każdego kolejnego odcinka miałem ochotę coś doczytać, przypomnieć sobie starsze wątki, czy przejrzeć teorie fanowskie (jestem wielkim fanem teorii Bran = Nocy Król, pięknie gdyby tak się okazało). W końcu napatrzyliśmy się na smoki, nareszcie zostały one użyte w walce, co więcej – zawdzięczamy im jeden z najbardziej brzemiennych w skutkach twistów w historii serialu. Postaci, które lubimy, dały się polubić bardziej, te których nienawidzimy znienawidziliśmy jeszcze mocniej. Mocno przewidywalnie… czyli zupełnie nie w stylu Gry o Tron.

Mam mocno mieszane uczucia związane z mniejszą ilością zaskakujących wątków, czy śmierci w zakończonym właśnie sezonie. Wielu twistów czy możliwych rozwiązań fabularnych mogliśmy się domyślać wcześniej . „Wielkie objawienie” na temat Jona Snowa, pardon – Aegona Targaryena – z ostatniego odcinka sezonu, to coś o czym wiedzieliśmy już w sezonie 6, a informację o tym że jest on prawowitym dziedzicem Żelaznego Tronu sprzedaje nam (nie wprost) Goździk w rozmowie z Samem, kilka odcinków wstecz. Wątek miłosny pomiędzy Królem na Północy, a Daenerys to chyba największa oczywistość, której wszyscy się spodziewali. Czyli z jednej strony mamy tu wątki, których bardzo wyczekiwaliśmy, z drugiej strony – odznaczanie kolejnych punktów z checklisty „co prawdopodobnie się wydarzy” jest tak bardzo nie grootronowe (grootroniczne?), że aż momentami zastanawiałem się jaką wielką tragedię szykują twórcy, w kolejnej scenie. „Bo przecież nie może tylko o to chodzić… aha… jednak może”.

Nie dla każdego będzie to jednak wadą, a fakt że wszystkie najważniejsze i najbardziej lubiane postaci przeżyły 7 sezon, pozwala mieć jeszcze większy apetyt i obawę przed finałowym. Wadą, której nie sposób jednak zlekceważyć, są potężne nielogiczności, związane głównie z błyskawiczną podróżą. Rozumiem, że szybki rozwój fabuły i mało odcinków zmuszały twórców do pewnych uproszczeń, ale we wcześniejszych sezonach podróż z miasta do miasta trwała zwykle kilka odcinków. W sezonie siódmym bohaterowie materializowali się po przeciwnych stronach kontynentu jak gdyby nigdy nic, niezależnie od środka transportu, którym podróżowali. O ile jeszcze można by to tłumaczyć kilkoma niezależnymi liniami czasowymi w ramach jednego odcinka, to już „przekazanie” smoka armii Nocnego Króla odbyło się wyjątkowo niezgrabnie. Przy niezwykle sprzyjających okolicznościach wezwanie smoków na pomoc drużynie Jona zajęłoby w okolicach 6 dni, jak wskazuje wiele internetowych wyliczeń. W odcinku jest to kwestia maksymalnie kilku godzin. Biorąc pod uwagę, że ta sytuacja bezpośrednio doprowadza – w finale sezonu – do upadku Muru, nie powinniśmy opierać jej na żadnych umownościach czy fabularnych uproszczeniach.

Finałowy odcinek

A skoro już o finale mowa, serwuje nam podobno słodko-gorzką mieszankę, co cały sezon, a najlepszym jego określeniem jest słowo „satysfakcjonujący”. To właśnie satysfakcję i zadowolenie odczuwamy widząc (nareszcie!) spotkania tak wielu przyjaciół i wrogów. Bronn po raz kolejny zalicza kilka bezbłędnych one-linerów…i znowu dotyczą one kutasów, monolog o Nieskalanych jest fantastyczny. Wahania Jaimiego widoczne przez cały sezon ostatecznie doprowadzają do tego, że opuszcza Cersei podczas sceny, która tak bardzo prosi się o mord, że – oczywiście – go nie dostarcza. Analogicznie zresztą do sceny z Tyrionem – twórcy przez chwilę igrają z nami, ale ciężko uwierzyć, że pozbawią nas jednej z ulubionych postaci przed ostatnim sezonem. To już nie ten serial (i nie te pieniądze). Śmierci Littlefingera spodziewali się wszyscy, bo wątek Arya vs. Sansa był szyty zbyt grubymi nićmi. Pytanie tylko, co zrobiłaby „stara” Gra o Tron – może Baelish umierając zabrałby ze sobą jedną z sióstr?

Wreszcie na koniec – jakim cliffhangerem mógł skończyć się przedostatni sezon Gry o Tron? Co trzymałoby nas w napięciu przez kolejne kilkanaście miesięcy, a następnie zapewniło kolejne rekordy oglądalności HBO? Co innego, jak nie upadek Muru? Epicki, tragiczny, złowrogi, z lodowym smokiem i całą rzeszą statystów z „The Walking Dead”? Nic innego. I nic innego nie dostaliśmy. Pokuszę się o stwierdzenie, że pod kątem swojej przewidywalności, był to jeden z najbardziej „hollywoodzkich” odcinków Gry o Tron. W stylu bardzo dobrego, wysokobudżetowego Hollywood, gdzie złych spotyka kara, a dobrych nagroda, mimo że ci źli knują za ich plecami.

Dlatego właśnie przed finałowym sezonem biją się we mnie dwie strony: jedna chciałaby happy endu, z Daenerys i Jonem na Żelaznym Tronie i głową Cersei nabitą na pal, druga bardziej skłania się ku wersji, w której Jon zabija Daenerys, by stać się Azor Ahai i przyzywa kamienne smoki do walki z Branem-Nocnym Królem, który i tak to wszystko ostatecznie wrzuca w nieskończoną pętlę czasu, by Gra rozpoczęła się na nowo. Sami wybierzcie, co brzmi bardziej interesująco.

Jestem bardzo ciekawy, czy macie podobne odczucia i jak podobał Wam się finał sezonu – dajcie znać w komentarzach!

Wszystkie zdjęcia w artykule pochodzą z 7 odcinka 7 serii Gry o Tron i są własnością HBO.

Opublikowano:

Hip Hop Kemp – poradnik profesjonalnego pakera

Nastał czas radosnego pakowania! Wyruszam właśnie na ostatnie przedkempowe zakupy, ze spisanymi wszystkimi rzeczami, o których zapomniałem przy wcześniejszych edycjach. Przeraźliwie zimne noce już mi nie straszne, z jedzeniem radzę sobie znacznie lepiej, ale wiem z doświadczenia, że nawet najprostsze życiowe czynności na Kempie mogą okazać się wyzwaniem. Dla wielu uczestników jest to pierwszy w życiu wypad „na namioty”, więc są zdezorientowani brakiem wielu codziennych udogodnień. Postaram się więc ułatwić sobie i Wam życie, przypominając o najważniejszych rzeczach do zabrania.

Ciuchy

Wiecie jak zawsze rozpoznawaliśmy Niemców na Kempie? Po nowych, nieskazitelnie czystych butach doskonale fitujących kolorystycznie i markowo z całą resztą stroju. Niestety, ostatniego dnia Niemców zwykle nie dało się już odróżnić od reszty uczestników. Zgadnijcie dlaczego.

Gotowi na pierwszą i ostatnią podróż Waszych kicksów?

To, co chcę Wam przekazać, a właściwie przypomnieć to fakt że jedziecie na KEMP(ING). Będziecie budzić się w pyle, chodzić po błocie, znajdować swoje ubrania w bardzo dziwnych miejscach, a czasem nie znajdować ich wcale. Jeśli więc macie w szafie znoszone ciuchy, które lubicie, ale nie ubieracie ich już „na salony”, to wycieczka na Kemp godnie zakończy ich żywot.

Wakacyjna pogoda zmyliła już niejednego amatora kempingu, co kończyło się rozpaczliwym pożyczaniem od wszystkich naokoło bluz, kurtek, koców i peleryn. Amplituda na Kempie sięga nawet kilkunastu stopni, dlatego warto wziąć ze sobą ciepłe rzeczy – pamiętam noce, podczas których wskazane byłyby kurtka zimowa i kalesony.

Na szczęście po nocy (zwykle) przychodzi dzień, a tu już przydadzą się Wam klapki, kąpielówki, czapki i kapelusze słomkowe oraz oczywiście okulary przeciwsłoneczne. Tylko nie pożyczajcie od raperów tych za parę tysięcy, budżetówki ze stacji benzynowej spokojnie wystarczą.

Jedzenie

To kolejny wyznacznik, dzięki któremu odróżnicie wytrawnego kempowicza od tegorocznego rookie. Tego pierwszego możecie spotkać z grillem, palnikiem i podręcznym zestawem survivalowca, ten drugi głównie przepuszcza majątek życia (swoich rodziców) przy straganach z jedzeniem. Nikt nie jest jednak bez winy, w stanie wskazującym nie idzie oprzeć się pokusom, a kto nigdy nie poddał się budce z hot-dogami, zapiekankami czy tymi obrzydliwie słodkimi donutami z polewą, niech pierwszy rzuci kamień.

Jeśli jedliście langosze na Węgrzech, to gwarantuję Wam że na Kempie smakują zupełnie inaczej… ale chociaż ratują życie.

Mimo wszystko, polecam samowystarczalność – nie ma to jak wspomóc się grillem na polu namiotowym. Do tego potrzebujecie minimum jednej pary sztućców, talerza, kubka, ostrego noża i bezcennych mokrych chusteczek. Z kieliszków też zrobicie dobry użytek, wierzę w Was.

Przydatne gadżety

Jako kempowy dziad pamiętam jeszcze czasy, gdy baterie w telefonach przeżywały na jednym ładowaniu cały festiwal. Inna sprawa, że komórek prawie nikt nie używał, bo roaming był cholernie drogi. Dziś jak wiemy wyzwaniem dla niektórych aparatów jest wytrzymanie paru godzin, dlatego kupcie sobie powerbank. Pamiętajcie, że czym więcej osób będzie wiedziało, że go macie, tym bardziej będzie nieprzydatny – taka mała podpowiedź.

Choćby ze względu na ciekawe kempowe spotkania, warto mieć telefon w pogotowiu.

Skoro jesteśmy już przy szeroko pojętej elektronice, dobrym pomysłem jest głośnik na Bluetooth – pamiętaj tylko, że nie każdy chce słuchać o 4 rano Twojego ulubionego numeru, zwłaszcza jeśli leci trzydziesty szósty raz. Pod rząd. Zabierz do kompletu słuchawki, tylko ściągnij je przed koncertami. Lata temu jeden z moich znajomych puścił sobie płytę Hasta i wyruszył na teren festiwalu. Znaleźliśmy go 8 godzin później, nieprzytomnego w namiocie. Ze słuchawkami na uszach.

Jeśli już zadbacie o stan swojej baterii, a muzyka zrobi Wam odpowiedni klimat, warto mieć na czym – i pod czym – siedzieć. Oto i właśnie rzecz, o której co roku przypominam sobie dopiero na kempingu: rozkładane krzesełko lub leżak. To najczęściej znikający przedmiot po pobudce, więc jeśli dobrze Wam się siedzi to schowajcie go na noc do namiotu. Do leżenia niezbędna będzie oczywiście karimata, albo dmuchany materac, który nieco ułatwia zaśnięcie. Spoconą pobudkę już niekoniecznie.

Kosmetyki i lekarstwa

Aż wstyd o tym pisać, ale spotkałem się z naprawdę różnymi przypadkami – weźcie szczoteczkę do zębów. Jeśli nie macie zamiaru zrobić tego dla siebie samych, zróbcie to dla współkempowiczów. Posiadanie własnego żelu pod prysznic też jest całkiem mile widziane. Jeśli macie w planach zmieniać skórę na jesień to nie bierzcie żadnego kremu do opalania – samo się zrobi. Z lekarstw niezbędne będą te przeciwbólowe, mogą się przydać plastry, coś na niestrawność, zgagę czy problemy żołądkowe, oraz… węgiel. Zdecydowanie węgiel.

Optymalny zestaw zdrowego kempowicza zawiera 3 nerki. Wariant minimum to jedna sprawna i jedna zamykana.

Przypadki kradzieży niestety zdarzają się na Kempie notorycznie, trudno tego uniknąć przy tak dużym spędzie ludzi. Najcenniejsze rzeczy noście zawsze ze sobą, ewentualnie schowajcie w specjalnym miejscu z depozytami – niestety nawet wnętrze zamkniętego samochodu często nie powstrzymuje amatorów cudzej własności.

Na koniec – oczywistości

Owszem, warto mieć ze sobą namiot i śpiwór jeśli lubicie mieć dach nad głową. Znam osoby, które przez całe 4 dni nie potrzebowały ani jednego, ani drugiego. Znam też takich, którzy jechali bez pieniędzy lub gubili wszystkie pierwszego dnia i też nie narzekali na brak czegokolwiek. Jeśli palicie, to weźcie ze sobą dwa razy więcej paczek niż myślicie, że potrzebujecie – jak nie spalicie, to sprzedacie, już drugiego dnia papierosy stają się towarem deficytowym. Niektórym mogą się przydać prezerwatywy – da się do nich nalać wody, mogą robić za awaryjny bukłak, a do tego tak śmiesznie pękają. No risk, no fun.

Mam nadzieję, że powyższy artykuł pomoże Wam w pakowaniu i pozwoli uniknąć wielu sytuacji, których dałoby się uniknąć. Nie bez powodu jednak Kemp nazywamy festiwalem z atmosferą – naokoło znajdziesz masę ludzi, którzy chętnie i bezinteresownie Ci pomogą. Kto wie, może nawet trafimy na siebie na polu? 

2016 – w drodze na Kemp:

2016 – w drodze do domu

Opublikowano:

Hip Hop Kemp – wspomnienia kempowego dziada cz.1

Za kilka dni jadę na swój dziesiąty Hip Hop Kemp. Jeśli myślisz, że właśnie się chwalę, to masz absolutną rację. Jeżdżę na festiwal od 2007 roku, z jedną tylko przerwą w 2013, z przyczyn nie do końca zależnych ode mnie. Mimo, że coraz częściej przyłapuję się na zdziadziałym gadaniu, że „to już nie to samo, co kiedyś” to nie mógłbym sobie wyobrazić, że nadchodzi dzień wyjazdu na Kemp, a ja normalnie idę do pracy czy chociażby do pobliskiego sklepu po śniadanie i zaczynam zwykły dzień. Sierpień to Kemp i kropka, choćby nie wiem co się działo. Powiem Wam, dlaczego ten festiwal jest dla mnie tak bardzo istotny.

Pierwszy raz o Kempie usłyszałem w 2005 roku, przy okazji jego trzeciej edycji, pierwszej, która odbywała się w Hradec Kralove. Już wtedy zaczęło się mówić o najbardziej hip-hopowym festiwalu w tej części Europy. Rok później próbowałem namówić ziomków na wyjazd, nie udało się, w 2007 roku sytuacja była analogiczna – wszyscy wykruszali się po kolei. Mimo to stwierdziłem, że jadę i już, ostatecznie zdecydował się ze mną mój przyjaciel Miłosz i kupiliśmy bilety – zróbcie tak samo, jeśli kolejny rok z rzędu nie możecie namówić swoich ludzi na wyjazd. Parę dni później Joytown ogłosiło konkurs na zwrotkę do polskiego hymnu Kempa, więc nie zastanawiając się długo nagrałem spontaniczną 16stkę i zacząłem mentalne przygotowania do wyjazdu.

Oto hymn, o którym piszę – w tytule filmu jest błąd, wszystko działo się w 2007 roku:


Mail informujący mnie o zwycięstwie w konkursie sprawił, że zacząłem skakać po całym domu jak jebnięty – nawijałem wtedy jakieś 3 lata i za jakiś miesiąc miałem wystąpić przez prawie 10-tysięczną publiką i spełnić jedno z marzeń. Takiej tremy nie miałem nigdy w życiu, ale kiedy już wyszliśmy na scenę, powiedziałem sobie, że jeszcze tu wrócę…i słowa dotrzymałem. Pomijam fakt, że przez cały wyjazd była ze mnie beka, bo nie ściągałem smyczy z napisem „ARTIST” od pierwszego do ostatniego dnia, a gdy obracała się tyłem, przewracałem ją z powrotem, by wszyscy widzieli napis. Wożonko zajaranego małolata, który dostał prezent życia – nie mam nic na swoją obronę.

Oto i wspomniana plakietka, jak widzicie zdarzało mi się ją (na krótko) pożyczać. Pozdrawiam ziom, kimkolwiek jesteś.

Ostatecznie do naszego melanżowego składu dołączył Kojot i gdy nadszedł dzień wyjazdu, w czwórkę zjawiliśmy się na parkingu czekając na Kempobusa. Czwartą osobą był Andrzej, który napisał na kempowym forum, że jedzie pierwszy raz i potrzebuje noclegu w Krakowie w noc przed odjazdem. W przypływie kempowej euforii zaprosiliśmy go do siebie i tym sposobem mieliśmy już komplet. Okazało się, że ta znajomość będzie miała dużo ciekawsze konsekwencje…

Dopiero na samym Kempie dowiedziałem się, że autokar to najbardziej „hańbiący” sposób transportu dla zatwardziałych kempowiczów. Ja natomiast już od pierwszego wyjazdu jestem wielkim fanem Kempobusów, nie bez powodu zresztą. Nie chodzi tu nawet o multum takich bekowych sytuacji jak ta, w której pewien ziomek zjechał pod fotel po 10 minutach od wyruszenia, celnicy znaleźli go tam na granicy i jeden z nich chciał go zatrzymać, a drugi wyśmiał to w jakim jest stanie i powiedział temu drugiemu, by dał mu spokój i pojechaliśmy dalej, ku ogólnej uciesze. Chodzi przede wszystkim o wygodę – wsiadasz, dojeżdżasz i nic cię nie interesuje, po drugie nawet gdy zdecydowałeś się na samotny wyjazd, opuszczasz autokar w kilkunastoosobowej grupie ziomków. Sama podróż kempobusem to super rzecz, no chyba że jesteś pilotem – ale do tego też wrócę.

Tak wyglądało rozbijanie pierwszego kempowego obozowiska w moim życiu.

A to krajobraz po pobudce – w moją pierwszą noc w Hradec przydarzyła się jedna z największych ulew w historii festiwalu i niektórzy ludzie budzili się – dosłownie – w kałużach. Bez namiotów.

Kojot do dzisiaj ma bekę z tych kąpielówek. Przypominam, że minęło 10 lat.

Na tym zdjęciu akurat zapomniałem obrócić plakietkę. Gdybyście zapomnieli, jest na niej napis „ARTIST”.

Pierwszy Kemp jest zawsze najlepszy – to powie Ci każdy kempowicz. Myślę, że jest to zasługa zderzenia z tak dużą ilością pozytywnych ludzi w „naszym” klimacie, mimo że na różnorodność indywiduów za nic nie można tu narzekać.  Ma to niestety również swoje złe strony, głównie w postaci zjawiska depresji pokempowej. Po powrocie z Kempa w 2007 przez tydzień chciało mi się płakać (dosłownie), że wróciłem do rzeczywistości i następny wypad dopiero za rok. Tak właśnie się uzależniłem…

…a kiedy człowiek się uzależnia, non stop chce więcej. Dlatego kolejne wyjazdy na Kemp były czystą formalnością. Zaliczyłem każdy możliwy sposób transportu, najgorzej wspominam pociąg. O ile klimat jest jedyny w swoim rodzaju, to ja pamiętam głównie kaca mordercę, który dorwał mnie po GODZINNEJ DRZEMCE i trzymał do następnego dnia oraz męczarnię w drodze powrotnej, zlany potem, z płaczącymi plecami. Nawet stamtąd jednak mam miłe, durne wspomnienia – wsiedliśmy w Hradec do pociągu w kilkunastoosobowej grupie, nikt nie miał biletu. Gdy do wagonu wszedł konduktor, stwierdziliśmy że zastygamy bez ruchu i czekamy aż pójdzie. Sprawdził wszystkich naokoło, na nas nawet nie spojrzał i poszedł dalej. Magia Kempa.

Jeśli nie przyjeżdżasz na Kemp samochodem, miej pewność, że przygody komunikacyjne zapamiętasz na długo. Zdjęcie pochodzi z 2007 ale gwarantuję, nie unikniecie podobnych rozrywek.

W 2010 roku nie miałem pieniędzy. Nie zrozumcie mnie źle, ja zawsze nie mam pieniędzy, w 2010 po prostu nie miałem jeszcze bardziej. Mimo tego, że ja zrezygnowałem z wyjazdu, 5 dni przed rozpoczęciem festiwalu, Hip Hop Kemp upomniał się o mnie. Pamiętacie Andrzeja, o którym wspomniałem kilka linijek wyżej? Otóż Andrzej również złapał kempowego bakcyla i zaczął bardzo intensywnie działać na rzecz promocji festiwalu. Niestety, jeśli dobrze pamiętam to coś mu wypadło i musiał zrezygnować z pilotowania kempobusa. Zaproponował mi więc zastępstwo, co przyjąłem z prawie tak samo wielką radością, co informację o hymnie parę lat wcześniej i zacząłem szykować się do wyjazdu, z którym w swojej głowie już się zdążyłem pożegnać. To, że w tym Kempobusie poznałem dziewczynę, z którą jestem do dzisiaj, to już historia na zupełnie inny czas i miejsce, a jednocześnie kolejny powód dla którego Kemp jest dla mnie miejscem szczególnym.

Nie wyobrażacie sobie, jak hardkorową robotą jest pilnowanie zgrai najebańców, którzy jadą kilkaset kilometrów głównie po to, by kontynuować melanż. Postoje nigdy nie trwają tyle ile trzeba, ktoś zawsze zapali jointa w autokarze po przekroczeniu granicy, niestety również rzygacze od czasu do czasu się zdarzają. Ja najbardziej zapamiętam Tomka Chadę – gdy pilotowałem swój drugi kempobus, rok później, wśród uczestników podróży znajdował się pewien ulicznik, który tak bardzo przypominał syna Bogdana, że dostał ksywę Chada w ciągu pierwszych 15 minut od wyjazdu. Potrzebował niecałej godziny, by zacząć siać nieprawdopodobną borutę, ze ściąganiem koszulki, spacerami po autokarze z flagą Polski na ramionach i odpaleniem gaśnicy włącznie. Na granicy polsko-czeskiej kierowca znalazł osikaną butelkę po wódce na równie osikanych schodach i powiedział, że nie ruszy dalej jeśli ktoś się nie przyzna i nie posprząta. Wszyscy wiedzieli, że winowajcą jest Chada, mimo to sam zainteresowany nagle dziwnie się uciszył i po 20 minutach postoju ktoś bohatersko poświęcił się i posprzątał za niego. Na szczęście nie mieliśmy wielu podobnych sytuacji, mimo to chwilowo nie mam zajawki na powrót na stanowisko pilota. Na szczęście, dla „zwykłych” uczestników wyjazdu, większość organizacyjnych problemów jest niewidoczna, więc spokojnie decydujcie się na Kempobusy, czeka Was dobra zabawa.

To, jak wygląda moja twarz świadczy o tym, że zdjęcie zostało zrobione już po Kempie.

Zales to kolejna osoba, którą poznałem w Kempobusie i kolejny bardzo zaangażowany członek Polish Street Team. Dwa lata temu, ostatniej nocy koło 4 rano, szedł przez pole namiotowe i nie mając pojęcia gdzie mam namiot, wywołał mnie przyjacielskim „OXON TY KURWO”. Zupełnym przypadkiem przechodził właśnie kawałek od mojego obozowiska, a ja akurat obudziłem się za potrzebą. Z łaski swojej nie próbujcie mnie w ten sposób szukać w tym roku.

Myślałem, by zawrzeć w tym artykule mały poradnik i jeszcze więcej anegdotek, ale dekadę wspomnień ciężko jest pomieścić w jednym wpisie – czym dłużej piszę, tym więcej rzeczy sobie przypominam. Dlatego możecie spodziewać się jeszcze minimum jednego kempowego artykułu, a po powrocie z tegorocznego festiwalu dostaniecie ode mnie relację.

Opiszcie w komentarzach najciekawsze wspomnienia związane z Kempem, lub napiszcie jakie macie oczekiwania, jeśli jedziecie pierwszy raz!

Opublikowano:

Z ARCHIWUM OX: Supermoce (2015)

To nieco zabawne, że historia mojej dotąd najgłośniejszej płyty zaczęła się od trzech czapek.

Pewnego razu przeglądałem sobie stronę sklepu Urban Flavours – polecam, jeśli nie znacie, dobre chłopaki. Wpadły mi w oko czapki z symbolami superbohaterów. Pomyślałem, że mógłbym zrobić motywacyjny numer, w warstwie tekstowej w stu procentach zrozumiały dla każdego słuchacza, a klipem sugerujący drugie dno i komiksowe nawiązania. Dogadaliśmy się z UF, zrobiliśmy koszulki, a Konrad Jabłoński i Sztuku z ekipą zrealizowali klip. 11 piętro nieistniejącego już Prefabetu, minus piętnaście stopni, cienki t-shirt i zielona świeca dymna – żaden ze mnie Hal Jordan, ale prowadzący casting do rosyjskich Avengersów dostrzegłby we mnie potencjał.

Tak powstał „Bohater”.

Jako wieloletni fan komiksów nabrałem chęci na zrobienie cyklu w tej konwencji – tytuł „Supermoce” był oczywistym, pierwszym wyborem. Po raz kolejny do projektu zaangażowałem Tesza, tym razem w roli ilustratora każdego kolejnego tracku. Nagrałem luźny „Który kostium”, potem wleciał bangerowy „Kopodup” inspirowany Kick-Assem (niezłe filmy, ale komiksowe pierwowzory biją je na głowę, bardzo polecam). Po pewnym czasie ironiczny „Czy to ptak, czy to samolot” i zaraz po nim – niestety – długi okres klasycznej, Tomkowej stagnacji.

Do zebrania dupy po chyba dwóch latach zmobilizował mnie szereg niekorzystnych życiowych okoliczności. W marcu wkurwiłem się, rzuciłem pracę i zdecydowałem że płyta „Supermoce LP” wyjdzie za 3 miesiące, w moje urodziny, choćby nie wiem co. Pisałem przez miesiąc po parę(naście) godzin dziennie. Na początku czerwca płyta była nagrana.

„Zakładam maskę” pisałem z myślą, że będzie to pierwszy singiel, nie licząc czterech opublikowanych dużo wcześniej kawałków. To ważny dla mnie numer, mówiący o jednej z bardziej denerwujących mnie rzeczy w życiu. Klip kręciliśmy trzy dni, była to pierwsza tak profesjonalna produkcja, w której brałem udział.

Refren do „Mary Jane” napisałem w 2013 roku, wracając rano z 12 godzinnej nocnej zmiany w piekarni w Anglii – dorabiałem w wakacje. Wtedy też przez Internet dogadaliśmy się z Revo, że robimy płytę, do której niestety – jak wiecie – nie dojdzie. Doszło jednak do nakręcenia dwóch klipów do „Mary Jane”. Pierwszy był totalnym niewypałem i zdecydowaliśmy się go nie puszczać, dla dobra wszystkich. Drugi zrobiliśmy na spontanicznej ustawce, w czym pomógł nam Avanier. Numer zgodnie z przewidywaniami stał się jednym z faworytów, a stage diving na Kempie w 2016 roku na ostatnim refrenie to jedno z tych wspomnień, które zostaje ze mną na zawsze. Piękne rzeczy.

Warto wspomnieć o „Genki Damie”, hołdzie dla Dragon Balla zobrazowanym przez kilka bardzo udanych fanowskich mash-upów, mrocznym „Venomie” z Eripe (ciekawostka: to numer bez żadnego przekleństwa), czy udanej kooperacji z Ad.m.ą. – „Trujący bluszcz” to mój absolutny top tekstowy, jestem mega zadowolony z warstwy lirycznej. Na koniec pisana bite 6 dni popisówka „100 Naboi„, będzie to trzeba kiedyś powtórzyć.

Bardzo ważną osobą dla procesu produkcji był gitarzysta Matt Wyrzykowski. Poznany przez wspólnego znajomego, widziany na żywo po raz pierwszy dopiero 1,5 roku po premierze „Supermocy”. Gitarowy wajb zawsze był mi bliski i współpraca z taką osobą była czymś, co miałem w planach od dawna. Gdyby nie Matt, „Supermoce” brzmiałyby zupełnie inaczej. Niestety obecnie, jest on mocno zapracowany i lata po świecie, ale zdążył dograć kilka naprawdę kozackich partii na moją nadchodzącą w tym roku solówkę. Czekajcie na to!

Po waszych komentarzach i wypowiedziach widzę, że „Supermoce” starzeją się bardzo ładnie. Mi również świetnie wraca się do tego materiału, zwłaszcza że wiąże się z nim wiele wspaniałych wspomnień. Wiem jednak, że wiele osób nie sprawdziło tej płyty, z obawy że nie zrozumieją komiksowych nawiązań. Cały album pisany jest jednak tak jak „Bohater” – nawet gdy nie przeczytałeś w życiu ani jednego komiksu, warstwa tekstowa będzie dla Ciebie zrozumiała, natomiast każdy zajawkowicz wyciągnie z tego albumu jeszcze więcej. Myślę, że kiedyś wrócimy do tego świata… ale jeszcze nie teraz.

 

Opublikowano:

Z ARCHIWUM OX: „Słuchaj mnie” (2013)

Uważam, że dobry raper to taki, który potrafi sprawdzić się w każdej konwencji. Mam oczywiście swój ulubiony typ czy klimat muzyki, ale czym wygodniej czuję się w danej formie, tym bardziej ciągnie mnie do nowych wyzwań. W taki właśnie sposób, po słonecznym, funkowym „Z tym będzie Ci jeszcze łatwiej” przyszła pora na oniryczne „Słuchaj mnie EP”, wyprodukowane przez duet o wiele mówiącej nazwie Nocne Nagrania.

Siedziałem pod wrocławską Magnolią przesłuchując nową płytę Tusza na Rękach z Voskovymi. Spodobała mi się i spontanicznie wysłałem Tuszowi maila z propsami. Odpisał mi, przy okazji sprawdził sobie moje rzeczy i zaproponował wspólny numer. „Uwolnić umysł”, bo tak się nazywał, stał się tytułowym kawałkiem na kolejnej płycie Kuby. Producentem tracka był Szatt, który wraz z Nowokiem tworzył skład Nocne Nagrania i od słowa do słowa zdecydowaliśmy się zrobić coś wspólnie.

Spośród kilkunastu wysłanych bitów wybrałem 6, z których powstała EP-ka. Klimat muzyki narzucił mi specyficzny sposób pracy – ochotę na pisanie czułem zwykle w bardzo późnych godzinach nocnych, często wracając samotnie przez puste, ciemne miasto. „Z nurtu” to kawałek, który najlepiej oddaje stan, jaki odpalały we mnie bity Nocnych Nagrań wśród miejskich zakamarków i ogromnych, szarych bloków.

 

Moim faworytem z płyty pozostaje jednak „Wiele szans”. Bit do tego kawałka został wykorzystany w wygranym przez Nowoka finale mistrzostw polski beatmakerów. (https://www.youtube.com/watch?v=mVQXHa_KX3c, przesuńcie na 7:58 – sprawdźcie reakcje ludzi :)),

 

Musiałem dłuuugo prosić o możliwość wykorzystania tego bitu, ale na szczęście się udało. Kawałek to followup do jednego z moich ulubionych, klasycznych polskich storytellingów, jakim jest „Jedno życie” Dizkreta, Stasiaka i Pezeta i do dziś pozostaje w ścisłej czołówce moich spokojniejszych numerów.

Dziś wracając do tej płyty upewniam się, że należy jej słuchać jedynie po zmroku, a najlepiej po północy, gdyż dopiero wtedy ukazuje swoje prawdziwe oblicze. Upewnij się, że nikt nie będzie Ci przeszkadzał, wyjdź na balkon lub na nocny spacer po osiedlu, zapal sobie i słuchaj mnie.

Posłuchaj

Kup

Opublikowano:

Z ARCHIWUM OX: „Z tym będzie Ci jeszcze łatwiej” (2011)

Pomimo, że nie jest to pierwszy album, który nagrałem, uważam go za swój podziemny debiut, dlatego też otwieram nim cykl „Z archiwum OX”, w którym wrócimy sobie do nieco starszych nagrań.

Zanim jeszcze w pełni uwierzyłem w możliwość życia z muzyki, mocno interesowałem się rozwojem osobistym. Zacząłem od sprzedaży, przez szeroko pojętą komunikację, hipnozę, NLP, z rozpędu poszedłem nawet na studia psychologiczne. Obserwowałem i starałem się wykształcić w sobie pozytywne nawyki myślowe. Zauważałem też coraz więcej osób, które same robiły sobie krzywdę poprzez niepraktyczne, krzywdzące przekonania.

Efektem tych przemyśleń był utwór „Zmieniasz siebie”, a zaraz po nim „Z tym będzie Ci jeszcze łatwiej”. Kawałki pisane przy użyciu m.in. wzorców językowych z tak zwanej hipnozy ericksonowskiej, miały na poziomie świadomym przekazywać pozytywne, optymistyczne treści, a na poziomie nieświadomym wpływać na zachowania i przekonania słuchaczy. W tej sposób narodził się pomysł stworzenia „terapeutycznego” koncept-albumu, którego celem byłoby poprawianie słuchaczowi humoru i – w miarę możliwości – dokonywanie nawet poważniejszych zmian.

Wybrana tematyka świetnie komponowała się z bardzo silną zajawką na funk, którą miałem w tamtym okresie. Nieco naiwne, hurraoptymistyczne podejście do życia zaowocowało wesołymi tekstami, co razem złożyło się na bardzo pozytywną, energiczną płytę. Pierwszy zamysł był taki, by ukazała się ona na autorskich bitach. Niestety, moja baza producencka na tamte czasy była dość skromna, więc skończyło się na dwóch remixach Marfa i Nastyka oraz bonus tracku wyprodukowanym przez tego drugiego – utwory te trafiły na płytę w wersji oryginalnej i zremixowanej.

Po latach sporo zmieniło się w moim podejściu do życia i muzyki. Jest dużo bardziej cyniczne i nieco chłodniejsze, a hurraoptymizm został w naturalny sposób zastąpiony przez… pozytywny realizm? Mimo to, wciąż lubię czasem wrócić do ZTBCJL. Najważniejsze jednak, że do dziś piszą do mnie osoby, którym ta płyta pomogła w ciężkich momentach ich życia i pozwoliła ruszyć dalej. Każda taka wiadomość świadczy o tym, że udało się osiągnąć zamierzony cel i stworzyć coś więcej, niż tylko krążek z kilkunastoma wesołymi kawałkami.

Okładka, którą widzicie na górze to nowa wersja, przygotowana na reedycję płyty w 2016 roku. Jej autorem jest oczywiście Tesz. Oryginalną okładkę naszkicował mój kolega Krystian Stańczyk, a ja poddałem ją końcowej obróbce. Tak to wyglądało:

Osoby, które kupiły reedycję, ale wolą starą wersję okładki nie tracą absolutnie niczego – wystarczy odwrócić wkładkę na drugą stronę i mamy back to oldschool.

Posłuchaj

Kup